Historii żywota naszego dziadka Franciszka Pająka. Część II: Nasz dziadek się zakochał…

Miłość *– najmłodsza z trzech sióstr .
Cóż byłaby warta bez starszych od siebie Nadziei,
i Wiary. Wiary w to, że będzie trwać wiecznie…

Miłość to piękna powabna panienka- śliczna czarodziejka naszego serca,
Bywa jednak, że zamiast łez szczęścia wylewamy z jej powodu,
łzy rozpaczy.
(tp)

Jest kilka niepodważalnych praw, które stwarzając świat ustanowił nasz Wszechmogący Stwórca, zaczyna swoją opowieść wnuk naszego bohatera, jest to między innymi prawo do życia, prawo do godnej śmierci a jeszcze przedtem do przeżywania miłości. Kiedy tak zagłębiłem się w lekturę, biografii naszego dziadka napisaną przez drogą mojemu sercu kuzynkę Hankę, ze wzruszeniem przeczytałem o jego miłosnych przeżyciach, wspomina Tadeusz Galisz. Przecież to i my chodząc ze swoimi wybrankami mieliśmy często wątpliwości a to, czy podołam, trudnemu zadaniu bycia głową rodziny, a to czy aby będę w stanie zapewnić przyszłej rodzinie godne dostatnie życie…

Nasz dziadek Franciszek Pająk chodził na zolyty** (zaloty), do Brzeźców, do Marysi od Nowaków. Dziadek młody, dziewczę śliczne, o chwilę zapomnienia nietrudno. Zapukało dziarskie serducho naszemu dziadkowi, zakochał się i trwało to już jakiś czas. Widać i Marysia nie była obojętna na zapędy dziadka i tak razem spędzali ze sobą coraz więcej niezapomnianych chwil. Na Śląsku było i na szczęście pozostało tak, że czas zolyt nie powinien trwać w nieskończoność, jest to bowiem źle rozumiane…

Czas najwyższy aby dziadek podjął decyzję o zaręczynach co w dalszej konsekwencji skutkować miało ożenkiem, i tu mina naszego Franciszka mocno posmutniała. Myślał długo nad całą sprawą, po dłuższym czasie rozważył, że nie może się żenić bo jest za biedny. Nie miał pomysłu gdzie mogli by zamieszkać, postanowił więc, że skończy z zolytami. Kiedy tak dziś czytamy miłosne przeżycia dziadka chciałoby się podpowiedzieć biedakowi, chłopie bądź mężczyzną dasz radę, ale cóż, historii nie zmienimy tak więc;

Wybrał się któregoś dnia Franciszek do dziewczyny pożegnać się, aby po dobremu. Idąc słyszał bicie swego serca a waliło tym mocniej im bliżej było do domu jego wybranki. Nie spieszno jakoś było dziadkowi do tej ostatniej wizyty, idąc rozmyślał jak to będzie z tym zakończeniem, postanowił posiłkować się wróżbą, którą było liczenie sztachet w płocie. Tu nie zgadzam się z naszym dziadkiem. Gdybym to ja miał z tak poważnego powodu jakim była żeniaczka liczyć sztachety i decydować na co wypadnie to na to bęc, to już bym wolał zaryzykować i się ożenić, dodaje z szczerze zatroskaną miną bardzo już dziś dorosły wnuk – Tadeusz G. Pozostać, odejść, wypadło na odejść. Jestem biedny, mam tylko 10 palców i fach w rękach. Jestem szewcem, gdzie stworzyć warsztat, który miałby zapewnić chleb całej rodzinie? Warto dłużej zatrzymać się przy tym tekście i zastanowić się nad tym jak trudne kiedyś były czasy, jak bardzo wtedy ceniono ludzkie słowo i uczucie, i jak w końcu odporni na trudy byli wówczas młodzi zakochani w sobie ludzie. W tym czasie miłość była czymś na prawdę ważnym w życiu człowieka, dla niej ludzie gotowi byli wyzbyć się wszelkich wygód a i tak byli ze sobą szczęśliwi. Wydaje mi się, że tych kilka słów zawartych w tekście to dobra lekcja dla młodych. Dziś, dodaje pan Tadeusz, kiedy to wszystko musi być zaraz, natychmiast, a każde niepowodzenie to natychmiastowy rozwód i rozstanie, cóż warta jest taka miłość? – Jest sztuczna jak cała nasza dzisiejsza rzeczywistość…

Zmartwił się przyszły teść rozmową z młodym Franciszkiem, zamyślił się głęboko i rzekł; Mamy na strychu dużo siana, to będziecie mieli gdzie spać, a w kątku w kuchni u nas można buty naprawiać. W domu było więcej dzieci, to i osobnego pokoju brakowało…Wróżba ze sztachet w płocie poszła w niepamięć, zwyciężyło uczucie, dobroć i wyrozumiałość rodziny przyszłej żony. Ucieszyło to naszego dziadka, wezbrały nadzieje i pewność, że wspólnie dadzą radę. Zastanawia fakt, jak dziś zareagowałby młody człowiek, któremu rodzina panny młodej proponowałaby czasowe spędzanie nocy ze swoją ukochaną na słomianym posłaniu. Historia życia Franciszka Pająka powinna bez cienia przesady stać się częścią lekcji przedślubnych dla par narzeczonych. Życie bowiem, o czym się dziś zapomina, to nie piękny serial z gatunku kobiecych historii miłosnych a walka z przeciwnościami losu. Dopiero wygrane bitwy ze złym losem pozwalają na przeżycie krótkich chwil szczęścia…

Szczęście to krótka ulotna chwila, darowana nam przez Stwórcę, po to tylko aby dać nam obraz tego co czekać nas będzie po śmierci. Warunkiem otrzymania wiecznego szczęścia, jest konieczność przestrzegania kodeksu ludzkich zachowań tu na ziemi. Ten kto mówi, że jest szczęśliwy przez całe swoje życie – kłamie. Gdyby tak było, cóż pozostałoby dla nas w niebie? Warto przypominać o tych wartościach młodym ludziom dziś, zanim jeszcze podejmą decyzję o wspólnym ze sobą życiu… Na Dobre I Na Złe. Dziś wartości duchowe spychane są na margines, wynosząc ponad wszystko fascynację ciałem, wartość ta jest złudna i przemija, nie poparta duchowymi wartościami ginie – pozostają wtedy łzy i cierpienie.

Jak wspomina autorka biografii Hanna Wala; Teść kupił 7 morgów pola i kazał nam się budować. Wykopali wielką dziurę, dziś stoi w tym miejscu nasza stodoła. Z materiału wykopanego powstał budulec, z gliny robili cegłę, a dziura posłużyła jako miejsce do wybudowania pieca w którym wypalano cegłę. Łzy same cisną się do oczu kiedy dziś człowiek o tym czyta, ileż to młodych małżeństw dziś, wytrzymałoby te trudy, a oni byli ze sobą szczęśliwi dodaje z żalem w glosie pan Tadeusz.

Oto i dla małżeństwa Pająków przychodzi pamiętna chwila. W roku 1888 na świat przychodzi owoc ich miłości, córka Marysia i kolejne pociechy rodzą się na chwałę Bożą a trzeba dodać, że mieszkali ciągle na strychu gdzie za posłanie służyła sterta ułożonego siana. Tam po Marysi na świat przyszli Paweł i Agnieszka. Nadeszła też wkrótce radosna długo oczekiwana chwila. Był rok 1893 Dom Pająków stanął w całej swojej okazałości. Radość w rodzinie zapanowała ogromna, tyle lat na strychu a dziś własny kąt. Dzieciakom, wydawało się, że nagle wstąpili do komnat jakiegoś pałacu, byli po prostu szczęśliwi… Dziadek nie czekając długo, sprowadził do siebie kaleką siostrę Kasię z Kryr. Ciotce bez ręki trudno było żyć. Z wdzięczności, że została przyjęta i otrzymała dach nad głową pracowała ciężko i nie była żadnym dla rodziny ciężarem. Chodziła do ludzi na zarobek, pracowała w polu, i obrządzała bydło, jak trzeba było stawała się opiekunką dla dzieci, była zaradną, pracowitą i dobrą kobietą. Uciułała tyle pieniędzy, że ufundowała do nowo budowanego kościoła latarnie, które noszone są do dziś przy baldachimie w procesji. Ciotka zmarła w 1915 roku… Koniec części II.

Dalsze życie rodziny Pająków poznamy w części III. Dowiemy się o tym jak to dziadek Franciszek szewcem na swoim został i jak ciotka swoją pracą pomagała by grosza w rodzinie przybywało…
Zolyty** (Zaloty). Słusznie uważa się iż jest to najpiękniejszy okres młodości. Zakochani młodzi ludzie, postrzegają świat czasami w piękniejszych kolorach aniżeli jest on w rzeczywistości. Jest to czas w którym młodzi poznają siebie nawzajem. Powinno się wtedy szczerze ze sobą rozmawiać, nie wolno ukrywać swoich wad i słabości. Na Śląsku do tego szczególnego okresu przywiązywano dużą wagę, miało to znaczenie w trwałości związku. Na Śląsku panował zwyczaj obdarowywania rodziny oblubienicy drobnymi podarunkami. Tradycja mówi, że kawaler wręcza swej ukochanej podczas każdych odwiedzin drobnostki w dowód miłości, przeważnie były to słodycze, ojciec otrzymywał flaszkę gorzałki a mama dziewczyny drobny przedmiot pomocny przy kobiecych pracach domowych. (nie był to jak się zdaje nazbyt wychowawczy zwyczaj, przy dłuższym zolytowaniu młody człowiek był zagrożony popadnięciem w długi a ojciec panny młodej mógł wpaść w uzależnienie od alkoholu, ten jak wiemy nigdy nie był czynnikiem wpływającym na trwałość związku a raczej odwrotnie. Na szczęście więcej było w tym zwyczaju teorii aniżeli praktyki). Zolyty nie mogły trwać długo i ten warunek jak pamiętamy był skrupulatnie przestrzegany, nie znoszono bowiem na Śląsku tak zwanych związków nieformalnych. Długie chodzenie ze sobą nosiło znamiona konkubinatu, było to nie do pomyślenia. Po zolytach następowała (Smowa), zaręczyny, wtedy to ustalano wszelkie sprawy związane z weselem, delegacje wysyłane przez pana młodego do rodziny narzeczonej nazywano (Klytami) albo swatami. Widać stary to musiał być zwyczaj, pokolenie powojenne czyli moje nie pamięta takich zabiegów przynajmniej w moim regionie. Po ustaleniu terminu wesela, liczby gości oraz innych szczegółów, młodzi udawali się do księdza by dać na zapowiedzi…

Miłość; Najmłodsza z trzech sióstr. Wszystkie zginęły śmiercią męczeńską, po tym jak ich matka odmówiła złożenia ofiary bogini Dianie. Dziewczynki podpalano, oblewano wrzącą smołą, bito i kaleczono. Na koniec zostały ścięte, mieczem. Matka umarła z tęsknoty i rozpaczy dwa dni po męczeńskiej śmierci córek. W chwili śmierci Wiara miała 12 lat a najmłodsza Miłość 9 lat. (czytaj więcej na pl.wikipedia.org).

Słowa zawarte w pamiętniku użyte zostały w niecodzienny sposób. Powodem do tego stało się zupełnie inne rozumienie świata także przez nas samych, zatem wydaje się, że warto pewne życiowe epizody sprzed 100 lat podawać za przykład godnego postępowania.

Tadeusz Puchałka.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*