Z cyklu: Ocalić od zapomnienia. Historia to domy, drzewa i ludzie.

fot. Tadeusz Puchałka
fot. Tadeusz Puchałka

Każde z tych najskromniej opowiedzianych rodzinnych wspomnień, z czasem stanowić może addendum do wielkiej historii, której nie wolno lekceważyć, pomijać bowiem najdrobniejszy szczegół minionych nawet bardzo lokalnych wydarzeń, okazać się może w przyszłości kluczem do zamknięcia ważnego historycznego epizodu – rodziny, miejscowości a w konsekwencji kto wie, może narodu dodaje Erwin Sapik – kustosz „Małego Muzeum – klamory u Erwina”. Dobrze się stało, że w tradycji śląskich rodzin jest zapisywanie w najdrobniejszych szczegółach tego wszystkiego co wydarzyło się w rodzinie na przestrzeni kolejnego pokolenia, dzięki temu nie gaśnie wiedza o naszej tożsamości, podkreśla pan Erwin.

Dziurę w historii spowodowały liczne konflikty zbrojne, w wyniku których wiele rodzinnych kronik zostało zagubionych lub bezpowrotnie utraconych w niewyjaśnionych do tej pory okolicznościach. Wiele lokalnych historii staramy się wskrzeszać, poprzez organizowanie spotkań z mieszkańcami, bądź też wizyt w domach prywatnych. Dzięki tym wywiadom, okazuje się wielokrotnie, że historia którą znamy nie wyglądała tak jak zostało nam to przez lata przekazywane. Poddasza domów prywatnych dodaje kustosz do tej pory skrywają przed nami wiele tajemnic i informacji, warto poszperać w tych jaskiniach naszych rodzinnych tajemnic, dzięki temu, często sami jesteśmy zaskakiwani wynikami tych penetracji.

Na pozór banalna historia – a jednak…

Wszystko zaczęło się od zabawy w Wilczy wspomina Erwin Sapik. Wtedy to Franz Nastula po raz pierwszy miał spotkać niejaką Gertrudę Szydło. Jak to z młodymi bywało w owym czasie, muzyka zagrała, spojrzeli więc młodzi po sobie, i już pewnie coś zaiskrzyło w młodych sercach. Skoczna melodia dokończyła pewnie dzieła, i tak niebawem zapałali oboje do siebie wielkim uczuciem, które to podkreśla nasz rozmówca onegdaj traktowane było z szczególną powagą.

Wszystko to sprawiło, że oto 26 sierpnia roku Pańskiego 1927 stanęli oboje na ślubnym kobiercu, a wraz ze stułą i ślubowaniem przy ołtarzu trzeba powiedzieć, zaczęła się także historia wspomnianego domu.

Jak to z młodymi bywa, na dzieciątko długo nie trzeba było czekać, i już niebawem było ich troje. Zamieszkali u rodziców, warunki jednak były tam trudne. Życzliwość ojców wielka, lecz ciasnota spowodowana znaczną ilością domowników sprawiła, że młodzi Nastulowie postanowili osiąść na swoim. Takim to sposobem, dnia 30 maja roku 1930 która to data zamieszczona została w akcie notarialnym, a dokument szczęśliwie doczekał dzisiejszych czasów (odkryty przypadkowo), dowodzi, iż w tym czasie dokonano zakupu gruntu pod budowę. Młodzi nie zwlekając, w tym samym roku rozpoczęli budowę domu. Marzenia młodych Nastulów sięgały jednak nieco dalej. Postanowili, że dom który stanie się ich własnością w niedalekiej przyszłości, nie tylko będzie ich gniazdem rodzinnym, ale także miałby dawać stały dochód.

Zdecydowali więc, że w projekcie domu należy uwzględnić pomieszczenia mające się stać w przyszłości sklepem, zaś na ścianie frontowej architekt wyznaczył miejsce okna wystawowego, co jest widoczne po dzień dzisiejszy. Zachowały się także zdjęcia archiwalne, które ten fakt potwierdzają. Los sprawił, że zanim sklep otworzył swoje podwoje, w tym samym czasie młodzi gospodarze zakupili spory kawałek ziemi. Z niewiadomych do końca przyczyn, w niedługim czasie konsylium rodzinne zdecydowało, że marzenia o sklepie należy raczej wpisać w kronikę rodziny i na zapisku miało pozostać. Tak więc skończyło się na planach, zaniechano dalszej adaptacji pomieszczeń sklepowych i magazynowych. Okno wystawowe zostało zmienione na jedno z okien domu mieszkalnego, zaś pomieszczenia sklepowe zostały zamienione na izby mieszkalne, dostosowane do potrzeb mieszkańców domu. Historia jakich wiele, i nic szczególnego w niej nie ma ktoś słusznie może zauważyć, owszem dodaje pan Sapik, gdyby na tym historia domu miała się zakończyć – ale…

W dniu 1 lipca 1931 roku gospodarz podpisał umowę z państwem polskim, w której to mowa była o oddaniu budynku władzom policyjnym. Policja polska urzędowała tam do roku 1939. Przodowym tegoż posterunku był niejaki Malcherek, pomocnikiem został Michalski (brak danych o stopniach jakie posiadali). W skład kadry dowódczej wchodziła jeszcze jedna osoba, jednakże danych osobowych tego człowieka do tej pory nie udało się ustalić. Na krótko przed wybuchem II Wojny Światowej skoszarowano w tym budynku 50 żołnierzy ochrony pogranicza, których zadaniem miało być obrona jednego z odcinków linii granicznej, biegnącej podówczas w sąsiedztwie miejscowości Wilcza. Jednostka co jest do tej pory niezrozumiałe, ze względu na małą liczebność i brak możliwości należytej obrony, została pospiesznie wycofana. Jak wiemy tak naprawdę jedynymi obrońcami na tym terenie granicy państwa polskiego w tym czasie poza oddziałami kapitana Kotucza (obrona Rybnika), byli tylko członkowie POW, Powstańcy Śląscy i harcerze.

Przypomnijmy dodaje kustosz, że z chwilą wkroczenia na teren Wilczy wojsk niemieckich, z wiadomych przyczyn, dom został ostrzelany. Ślady użycia ciężkiej broni maszynowej widoczne są na elewacji budynku do dziś. Po wspomnianym pospiesznym opuszczeniu posterunku przez polskich pograniczników, budynek przez jakiś czas stał niezamieszkały. W roku 1940 do naszego domu wprowadziła się dentystka Ida Kosche, która przybyła z Pilchowic i praktykowała w Wilczy do roku 1944. W czasie kiedy do granic miejscowości zbliżał się front wschodni, lekarka opuściła miejsce zamieszkania i gabinet, i wraz z żołnierzami wehrmachtu udała się na zachód. „Wyzwolenie”, które zbliżało się od wschodu, nie gwarantowało bezpiecznego życia ludności niemieckojęzycznej, o czym nasi dziadkowie już niebawem mieli się przekonać. Tak więc gabinet jak wiele placówek użyteczności publicznej w tym czasie przestał istnieć a los naszej lekarki pozostał nieznany wraz z opuszczeniem naszej miejscowości.

Można powiedzieć wspomina pan Erwin, że tak dom jak jego pierwotni gospodarze oznaczał się niepokornym charakterem i nie lubił nadmiernego spokoju. Nastały lata 60 a wraz z nimi moda na nabór siły roboczej do kopalń spoza rejonu Górnego Śląska do nowo powstających kopalń. Nasz dom ożył po raz kolejny i tym razem stał się czymś w rodzaju robotniczego hotelu, dając schronienie wielu werbusom* w tym czasie. Młodzi ludzie zbałamuceni wysokimi zarobkami, lecz nie przywykli do niebezpiecznej ciężkiej pracy, równie szybko do nas się zjeżdżali, lecz tak samo szybko wielu opuszczało Górny Śląsk, rozczarowani głównie warunkami pracy. Rotacja była więc ogromna i coraz to nowi goście stawali się naszymi lokatorami. Na krótko przebywał w tym domu także ksiądz który z czasem pożegnał się z naszym krajem i wyjechał pewnie na misje do Stanów Zjednoczonych.

Nadszedł czas, kiedy nabór do kopalń malał, lokatorów ubywało z każdym rokiem. Do roku 2010 służył nam, jako dom dwurodzinny, lecz jak widać dusza budynku jak i jego gospodarzy bliska jest ludziom, i tak od wspomnianego roku 2010 nasz dom stał się Małym Muzeum znanym także jako klamory u Erwina. Masz klamor w chałpie, i nie wierz co z nim zrobić, zanieś do Erwina, dla Niego wszystko jest ważne, nie ma dla niego nie ważnych tematów.

To dzięki mieszkańcom, a także wielu sympatykom lokalnej historii i samemu gospodarzowi, powstała jedna z wizytówek Gminy Pilchowice. Z dobroci ludzkich serc powstało muzeum, z którego korzystają szkoły a także wiele placówek kulturalnych. Muzeum stało się także miejscem spotkań „we stodole”, gdzie można potańczyć, spotkać się z ciekawymi ludźmi, poklachać, pozolycić. Bo dom godo Erwin musi dychać, coby mu dusza niy umarła…

Historia na Górnym Śląsku to także ludzie i mundury

To prawda, mówi Erwin Sapik, wielu na widok człowieka w mundurze wehrmachtu, odwraca się z odrazą, a przecież normą w naszych rodzinach było niemalże to, dodaje kustosz, że w tym samym czasie jeden z braci walczył w armii niemieckiej a drugiemu już udało się prysnąć do Andersa. O’pa dzielnie wspierał wojska pruskie, a nieco później jeden z jego synów był agentem wywiadu AK, zaś dalsze żołnierskie losy śląskich rodzin, to już mundur żołnierzy służących w armii PRL – skiej Polski, a kilkadziesiąt lat później także tej wolnej III RP. Bardzo nas obraża gdy ktoś nazywa nas zdrajcami, kolaborantami itd. Świadczyć to może o braku wiedzy o nas Ślonzokach.

Albumy rodzinne to cenne dokumenty, pokazujące w nieprzekłamany sposób, dzieje bliskich nam więzami krwi osób, ale także sąsiadów a często zupełnie przypadkowo napotkanych gdzieś na życiowym szlaku ludzi. Księgi w twardej często oprawie choć bardzo podobne, to jednak zupełnie inaczej wyglądają na Mazowszu, Podlasiu czy Górnym Śląsku – tu czarno białe obrazki, to często historie bliskich malowane kolorami mundurów wielu armii, nie inaczej jest i w mojej rodzinie wspomina Erwin Sapik, i na moim niejako przykładzie chciałbym pokazać jak wygląda to w wielu rodzinach na Górnym Śląsku, kto wie, może to pomoże we właściwym zrozumieniu nas, jako rdzennych mieszkańców tej ziemi, a także naszej kultury.

Na zdjęciu które można nazwać swego rodzaju prolegomeną, do opowiadania sagi mojej rodziny widzimy ujka mojego o’py (opy). Podczas toczącej się Wielkiej Wojny, jak często określano w moich stronach I wojnę światową służył ujek jak widać w armii pruskiej, na terenie Francji, i tam zginął w roku 1915 (postać w drugim szeregu w środku). Jego dane widnieją na pomniku wśród zaginionych. Miejsce pamięci, o którym wspominam znajduje się w mojej rodzinnej miejscowości. Anton Sapik mój o’pa, także w mundurze niemieckim, po odbytym szkoleniu został podobnie jak ujek, odkomenderowany na teren Francji (II wojna światowa), tam przebywał około 1,5 roku. Po tym czasie, rozkazem przeniesiony na front wschodni w okolice Leningradu (w większości przypadków tam właśnie lądowali wszyscy Ślązacy).

[…] Warto zatrzymać się nieco dłużej przy zdjęciu ukazującym pododdział żołnierzy gdzie jest widoczny mój staroszek w otoczeniu swoich kompanów. Zdjęcie zrobione zostało gdzieś na wschodzie. Z tą fotografią wiąże się mroczna historia, otóż wspomina kustosz, oficer w randze podporucznika, którego widzimy siedzącego w otoczeniu swoich żołnierzy stracił życie na drugi dzień, po zrobieniu tego zdjęcia, zanim został powołany do armii był śpiewakiem operowym, jak widać wojna zakończyła jego karierę artystyczną, a także życie. Na drugim planie widzimy okazały drewniany budynek, gdzie mieściła się stajnia dla koni, niestety ściana po przeciwnej stronie budynku nie istniała, bowiem wygłodzone konie po prostu ją zjadły […]

Dziś trudno nam uwierzyć w te i podobne wspomnienia, a jednak wszystko to prawda, podobnie wyglądają wspomnienia osób, które wróciły po latach z internowania podczas toczącej się tuż po wojnie wszystkim nam znanej Tragedii Górnośląskiej. Trzeba też dodać, że wielu naszych wróciło tak z wojny na wschodzie jak z zesłania tylko dzięki wstawiennictwu samych Rosjan, ludności cywilnej a często bywało, że także wysokich rangą oficerów czy lekarzy sowieckiej armii…

Przeglądając zbiór zdjęć z tego okresu natrafiłem na zdjęcie naszego sąsiada, pana Staniury (na rowerze). Nie wrócił z wojny. Postać obok to mój o’pa. [127 baubatalion (baubataillon) 4 kompanii, nr poczty – 2792. Przeniesiony do 3 kompanii nr poczty 28 236. Przeżył, do domu wrócił w 1949 roku, ze wspomnień rodziny wynika, że zbiegł z niewoli. Gdzie przebywał i dlaczego tak długo – nie wiadomo). Dziś można powiedzieć, niechlubnie odznaczony żelaznym krzyżem II klasy, Orderem za męstwo, oraz wysokim odznaczeniem za walkę na bagnety. Czy był nieustraszonym podówczas wiernym żołnierzem, czy tylko służącym w formacji, której żyć lub umrzeć było kwestią siły woli? Trudno powiedzieć. Wiadomo, że z pewnością bohaterowie są tylko w filmach, na wojnie bardzo chce się przeżyć, i często tylko temu to się udaje, kto potrafi przebić się często własnymi rękami przez linię wroga. Nieco później ktoś za to wiesza tej osobie medal, lub kładzie na trumnie, w wielu przypadkach miast tego, wiesza pętlę na szyi. Wojna rządzi się swoimi prawami, i w myśl tych prawideł ten zostaje bohaterem kto wygra jeden z tych groteskowych spektakli na teatrze reżyserowanym przez śmierć. Pozostali idą pod sąd.

Kolejną postacią w mundurze w rodzinie Sapików to Georg. Jak większość Ślonzokow, i on na samym początku swojej wojaczki został powołany na front wschodni. Z tego co mi wiadomo wspomina pan Erwin, był kierowcą ciężkiego motocykla na gąsienicach. Zginął a raczej jak wynika z notatki którą otrzymała rodzina należy uważać Go jako (zaginionego podczas działań wojennych inf. luty 1942).

Paweł Sapik (ojciec) . To zupełnie inny mundur. Służył w poznaniu (jednostka 1337), nieco później(25 85). Do rezerwy został przeniesiony w roku 1962. Z tego co wiemy brał udział w likwidacji bunkrów na pomorzu. Erwin Sapik – czyli moja skromna osoba, w mundurze żołnierza Technicznych Wojsk Lotniczych. Służyłem na początku w Mierzęcicach – Pyrzowicach, rozkazem przeniesiony na poligon wojskowy w Kamieniu Śląskim (pobór jesień 82 – 84). Warto także wspomnieć o jeszcze jednym żołnierzu. Richard Sapik – to żołnierz armii USA. Miejsce stacjonowania (Baza – lotnisko Tempelhof Niemcy).

Piotr to najmłodszy z rodziny Sapików w mundurze. Służył w Śremie – Wojska inżynieryjne (44 30). Jednostka ta także podlegała dowództwu wojsk lotniczych. Zarówno ojciec, nieco później ja a dalej syn Piotr służyliśmy w polskiej armii i w tej samej formacji, tylko czas powołania do służby oczywiście się różnił, inne były też wzory umundurowania. Kto wie, może i Georg, skoro służył w Tempelhof także ma wiele wspólnego z lotnictwem, tyle, że nie biało czerwona szachownica jest jego znakiem rozpoznawczym a uskrzydlona biała gwiazda…- Ot taki krótki epizod z mundurem w tle, których to na Górnym Śląsku wiele. Jedno jest pewne obowiązek swój spełniliśmy jak należy i dekownikami nikt nas nazwać nie może.

Werbus*; Osoba która przybyła na Śląsk z werbunku, stąd ta nazwa, nie należy traktować tego słowa jako obraźliwe.

Autor: Tadeusz Puchałka

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*