Powrót. Ze Wspomnień Gerarda Ogiermanna.

fot. Tadeusz Puchałka / Pan Gerard Ogiermann w towarzystwie Sołtysa Pilchowic - Pana Józefa Nierychło.
fot. Tadeusz Puchałka / Pan Gerard Ogiermann w towarzystwie Sołtysa Pilchowic - Pana Józefa Nierychło.

Wojna się skończyła, przynajmniej na papierze, jak wiemy, długo jeszcze nie było tu spokojnie. Wróciłem do domu. Jak wszędzie tak i tu, radość, i wzruszenie przeplatały się ze łzami smutku. Tuż po powrocie odwiedzając znajomych rozpoznawałem tych, którzy byli zesłani i dane im było wrócić, zesłani to niewłaściwe słowo internowani do pracy na wschodzie, to właściwe określenie tamtych wydarzeń dodaje pan Gerard. Kiedy tak słuchałem ich opowieści, wydawało mi się, że mnie tam na froncie czasami było lżej choć byłem żołnierzem, aniżeli tym biednym ludziom. Smutne to były opowieści a to co zapamiętałem, teraz wam przekazuję, to przecież nasze najprawdziwsze przeżycia. Nie mogą zostać zapomniane.

Było wiele smutnych chwil, nie wszyscy bowiem powrócili, gdzie ich szukać? W którą stronę zwrócić twarz podczas modlitwy, dobrze, że Pan Bóg jest wszędzie powtarzałem sobie wtedy w myślach – i słyszy naszą rozmowę i prośby o wstawiennictwo za osobę, której nigdy już nie zobaczymy. Pamiętam opowiadanie mojego kamerada – ja. Opowiadał jak to został zabrany przez, no właśnie nawet nie bardzo wiedział przez kogo, miał 15 lat i niewiele rozumiał z tego całego bajzlu, tak więc został zabrany jako faszist i wywieziony w głąb Rosji. Nie bardzo rozumiał co znaczy słowo faszysta, w domu nie mówiło się nigdy o tych sprawach, dyskusji jednak nie tolerowano, zresztą i tak na nic by się one zdały.

Tak jak prawie wszyscy i on nie potrafił określić jak długo podróżowali, trwało to jednak wiele dni, w zamkniętych szczelnie wagonach szybko tracili poczucie czasu, a już później wszystko było im obojętne, po przyjeździe oddzielono młodych od starych. Młodzi zostali wyznaczeni do ciężkich prac, więc mój znajomy znalazł się w tej właśnie grupie, niewiele mogę opowiedzieć mówi pan Ogiermann bo i mój rozmówca nie był skory do rozmowy. Ze wspomnień mojego przyjaciela wynika, że strażnicy nie robili im krzywdy ale trzeba było słuchać i być ślepo posłusznym.

Któregoś dnia poruszali się jak zwykle w kolumnie, nie było im wiadomo dokąd idą, szli długo byli zmęczeni i głodni a na polu rosły arbuzy, ukradkiem zerwali kilka sztuk i schowali za ubraniem, gdzie kto mógł, bali się rosyjskiego strażnika był spokojny lecz bardzo surowy, widział, że kradną arbuzy lecz udawał, że o niczym nie wie.

W końcu dotarliśmy na miejsce pracy. Zaprowadzono nas na pole wspomina przyjaciel pana Gerarda, i przepracowaliśmy swoją dniówkę. Po powrocie nas trzech, tych największych przestępców odłączył od reszty, zaprowadził nas do piwnicy, tam było po kostki wody, wtedy to wymyślili może nie najmądrzejszy sposób ale jedyny jaki był możliwy jak im się wydawało, jeden z chłopców klęczał a dwóch spało na nim, jak się zmęczył była zmiana. Tyle zapamiętałem z opowiadań mojego przyjaciela, przeżył i wrócił, teraz mieszka w Niemczech, kiedy czasami, dzwonię do niego i pytam jak zdrowie, uśmiecha się i odpowiada – dobrze, tylko czuja Rusyjo we kolanach, som to nikej krotke powiastki ale tak se myśla, chwila terazki styknie coby to łopisać a co czowiek musioł wyciyrpieć i jak to dugo twało pra…. – To prawda, dziś całe lata cierpienia i tułaczki zamknąć można w paru zdaniach, obyśmy zdążyli zapisać wszystko, oby nic nie ubiegło naszej pamięci, szanować nam trzeba skarby tej ziemi. Złoto i srebro i żadne klejnoty nie zastąpią kronikarzy i wiejskich gawędziarzy, to bowiem ta pierwsza i najprawdziwsza prawda – historia mówiona jest najważniejsza.

Stare porządki.

Suchejcie kamraty, powiym wom ło tych starych porzondkach co sam kejsik boły – o…o przidołoby se sam tera wrocić do tych starych zwyczajow. Piyrszy we wsi boł szandara, jak szandara szoł bez wieś wszysko boło na baczność, niy śmioł żodyn głośno godać a biyda jak kery niy mioł porzondku na placu sztrofa pewno. Naprany jak kery szoł drogom zaro do herestu, bo my sam tyż mieli herest a szandara mog zawrzyć kożdego do 48 godzin i niy musioł se żodnego ło nic pytać. Kożdy mioł strach ale porzondek boł i żodyn se niy musioł boć we wieczor ze chałpy wylazić. Drugi we wsi boł farorz wielce szanowano postać wszyjscy mu se kłaniali, łon dboł ło porzondek we naszy duszy coby ta kececzka miała ta nasza duszyczka zowdy czysto i łoprano. Jak kery co pozgłobioł to mu farorz zaro przikozoł, dzisioj suchom, toż cie chca widzieć we suchatelnicy i żodyn se niy szprajcowoł, tak musiało byść i fertich. Trzeci boł we wsi szołtys, to boła ta trzecio instancjo porzondkowo. Szołtys mioł tako robota powiydzmy trocha podano do ty co mo szołtys tera. Dboł coby ranty boły łobsieczone na placu ornong, podatki coby ludzie płaciyli. Pamiyntom boł sam u nos taki Paskuda, fajny chop ale łokropnie pioł, co chwila go szandara do herestu zawar, a na gminie robioł chop taki urzyndnik wiycie łon se nazywoł Kałuża łokropnie tego Paskudy niy ciyrpioł, bo mioł mu za złe że taki pijok a dziecek mioł moc, roz tyż idzie Kałuża ze roboty do dom, boło jakoś po dyszczu, Paskuda na drodze już czekoł, boła tam w tym miejscu srogo kałuża po dyszczu, jak tyn chop ze ty gminy przelazioł kole ty kałuże, to Paskuda do ty wody i tompie i przezywo ta pierońsko kałuża i powtorzo cołki czos to samo i tompie we ty wodzie, na to Kałuża tyż nic yno woło po szandary, policyjon przijechoł na kole roz dwa i urzyndnik skarży na Paskudy – a łon mie przezywo, bo myśloł, że go szandara zawrze do herestu, a Paskuda na to, jo sam żodnego niy przezywom yno mie ta kałuża łokropnie nerwuje. Policyjon se yno łośmioł wloz na kołko i pojechoł. Tera tak powiycie ale tyn Ogiermann fandzoli ale tak kedyś boło, wiycie jak se kejsik za przezywanie korało?

Niyśmioł se żodyn przezywać bo to już boło chuligaństwo a tera we telewizorze co roncz to se łopluwajom, jo już ani na to niy patrza a we tych gazetach te sage baby pra, a te wice a te łobrozki szpetne, te sagule na tych stawach bez lato, do kościoła we spodnicach (spodnica – inaczej halka) babska łażom a ci co se inaczy kochajom, wiela tego je, co se to tera robi jo je gupi pra.

Jo tam niy mom nic przeciwko tym sagulom, ale te chopo baby na ty drodze co se mamlajom to już je trocha niy piyknie, trocha by se mogli dać pozor. Tak to widzicie sam u nos kejsik boło, ornong to boła podstawa. Na sobota se dycko plac zamiatało coby se żodyn szczewikow niy zmarasioł jak szoł do kościoła, po mszy we niydziela se szło na piwo, na łobiod a potym na szkata z kamratami se rżło nikej do rana, ja take boły czasy a tera yno spominki złostały, widzicie boło tyż sam u nos i wesoło. Jeszcze mi se coś spomniało to wom to jeszcze musza łopedzieć. Boły sam tyż u nos zabawy a frelkow gryfnych ci sam boło moc. Tańcować boło skim no ale wiycie jak zabawa to tyż i gorzołka no i rozmajcie nikej boło, my już wiedzieli jak szandara prziszoł na zabawa, pikel hełm na gwoździu powiesioł i kopla symnoł to se nazywało, że je po sużbie, nic go wtedy niy łopchodzioło, jak boła chaja to ani niy stanoł ze stołka take to sam boły te niypisane prawa… – Sam boło kejsik blank inksze życie.

Autor: Tadeusz Puchałka

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*