Tak to drzewiej bywało… Jeszce gdzieniegdzie i w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku

Tak to drzewiej bywało... Jeszce gdzieniegdzie i w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku / fot. Pixabay.com
Tak to drzewiej bywało... Jeszce gdzieniegdzie i w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku / fot. Pixabay.com

Poćwiartowane wysuszone jabłka, wiszące jak girlandy na wrotach stodół, wraz wysuszonymi lub uwędzonymi śliwkami i gruszkami, zapakowane w papierowe, płócienne torby czy worki, zamknięte w szklanych lub glinianych naczyniach czekają na swój dzień, by stać się latem w wigilijny wieczór.

Na polach wraz z jesienną mgłą snuły się dymy z palonych w ogniskach naci ziemniaków i innego zielska. Na tle zachodzącego słońca był to widok niecodzienny. Te dymy i charakterystyczny swąd nikomu nie przeszkadzał. Tam zlatywały się dziecka z całej wsi i te które pasły na ścierniskach gęsi zjadające resztki pozostałego tam ziarna, które to po uczcie z potężnym gęgotem i charakterystycznym falowaniem szyi układały się w stada, by wrócić do domu.

Nim jednak wróciły, dzieci zdążyły wykonać taniec wokół ogniska z zapalonymi łodygami tworząc nimi spirale bajecznych ogników, jak i znaleźć i upiec pozostałe po wykopkach, bronami wyciągnięte bulwy ziemniaków. Smakowały i bez soli, zastąpionej popiołem który przywarł do gorącego ziemniaka.

Gęsi wróciwszy do domu zostały oskubane a ich pierze przy sąsiedzkiej pomocy darte w długie, ciemne wieczory. A ile to było przy tym śmiechu, przyśpiewek, i bajania; a to o utopkach, bebokach co siedziały w piwnicy, cmentarnych upiorach, o strzygach i zmorach co to dusiły w nocy… A że od wojny nie minęło dużo czasu to i o niej, i znakach co dowali Ci co już nigdy z wojny nie przyszli.

Nie sposób wszystkiego, a i strach było zapamiętać. Najgorzej to było wracać do domu. Ciemno, bo wtedy lamp na ulicy czy podwórzu to jak na lekarstwo, furtki skrzypiały, a do tego chłopy, których z reguły do skubanio pierza nie dopuszczano, straszyły wracające do domu szkubaczki .

W tym też czasie w większości domów ubijano kapustę przedtem pokrążaną przechodnią, wypożyczaną z domu do domu szatkownicą a którą kapustę deptaną nogami najmłodszego, ale sprawnego w rodzinie. A nogi musioł fest szorować, bo musiały być pierońsko czyste.

Pierwszy listopada. Przez parę dni przed strojono groby jedliną, suszonymi i żywymi kwiatami, tworząc różne wzory… Nie było tyle kamiennych nagrobków i płyt co teraz. Strojono godnie po to by modlitwą i łunami świec przywołać pamięć o tych, którzy jeszcze nie tak dawno tworzyli z nami rodzinną i społeczną wspólnotę, a i podziękować tym co własną krwią w darze dali nam biało czerwoną wolność. Mało też było szklanych i fajansowych zniczy, palono świeczki wkładając je w ziemię, co często powodowało, że stopione razem zapaliły cały grobowy wystrój. Łuny z cmentarza i oświetlone nią świątynie widoczne były z kilometrów.

Czerwone w listopadzie i grudniu łuny przypominały nam, że święty Mikołaj wraz z aniołkami pali w niebiańskim piecu pierniki, by zdążyć na swoje grudniowe urodziny i móc nimi, jak i zależnie od zasług obdarowywanego, obierkami czy wonglym, kierego u nas dość, obdarować. Bo takie to posłanie Świętego Mikołaja. A pierwsze bure chmury i pierwszy z nich spadający śnieżny puch, przypominał nam wierszyk, który niedawno przypomniała mi mama: „ Hej na białym , hej na koniu, święty Marcin jedzie już. Śnieżyk bieli się na błoniu, zapowiada zimę tuż”. Lataliśmy w koło z podniesionymi głowami, w łapiąc w dłonie pierwsze śnieżynki, ten śnieżny puch. A koniec listopada to też była wielka panien nadzieja w uchu klucza i roztopionym wosku lanym na wodę. Te dni to i święto kolejarzy i ich patronki świętej Katarzyny, bo jak kolej kwitła to było dużo ludzi w tym zawodzie, a za niedługo Barbórka i górnicy dziękujący jej za opiekę. Nie było orkiestry która by nas w ten dzień budziła jak na górniczych osiedlach, bo to wieś, ale nastrój i święto było wszystkich, bo bardzo wielu rodzinom węgiel dawał utrzymanie.

Jest też i święto państwowe 11 listopada, które nie do końca jak twierdzą niektórzy Ślonzocy jest w pełni nasze, bo my se droga do Polski sami wywalczyli, i bardzi my winni świętować 3 maja a może data przyłączenia tego skrawka śląskiej ziemi do Polski, ale jest to święto, o skoro nasi przodkowie do tego się przyczynili to trzeba pamięcią go szanować.

Potem urodziny świętego Mikołaja. Dzieciaki od wielu już dni wcześnie rano zrywały się z łóżek, by z lampionami wędrować na roraty, przygotowując w sobie miejsce dla dzieciątka. Trwały nie tylko duchowe lecz i zewnętrzne przygotowania do Godów, które trwały od dnia narodzin Jezusa do Trzech Króli.

Z kolorowych papierków wycinaliśmy paseczki by stworzyć, często z słomkowymi cudami, gwiazdkami, słoneczkiem, łańcuszki na choinkę, na której zawieszano i pachnące korzeniami pierniczki, jak i kolorowe cukierki. A kto pamięta rajskie, z czerwono żółtymi barwami lata jabłuszka?

A ile radości było z oświetlonej choinki, nie świeczkami, ale kolorowymi żaróweczkami. Pamiętam jak tata, do wielu transformatorów radiowych, lutując, podłączał żaróweczki, które pozwalał mi pokolorować specjalnymi kolorowymi farbkami.

Ozdoby wykonywano często wspólnie. Dzieci zbierały się w którymś z domów, i przy pomocy dorosłych lepiły, kleiły, a przy okazji przypominano i uczono się kolęd i pastorałek. Starsi wiekiem przygotowywali stroje do kolędowania, by od domu do domu życzyć w Nowy Rok dobrych plonów, zdrowia i Bożego Błogosławieństwa.

W witrynie geesowskiego sklepu, przed świętami wystawiano mechaniczną świąteczno zimową dekorację, Z za gór wyłaniał się raz po raz to górnik, rolnik, góral… Nie pamiętam czy byli, ale byli, Dzieciątko, Maryja i Józef i Trzej Królowie… Pamiętam jak to dzieci, z przylepionymi do zimnych krat tej wystawy buziami, bez tchu byliśmy wpatrzeni w te obrazy, aż wyrwał nas z tego snu głos mam. Do chałupy, nieskoro już…

I tak było do pierwszej wypatrzonej gwiazdki, którą rozpoczęliśmy wigilijną wieczerzę, po niej kolędy, opłatek, niecierpliwy wzrok kaj to Dzięciątko z dzieciątkiem, bo u nas prezent to „dzieciątko”, pasterka z „Cichą noc”, i że niedługo Nowy Rok, to gromkim „…podnieś rękę Boże Dziecię, błogosław Ojczyznę miłą…

A potem, aż do Trzech Króli od jednego do drugiego domu rodziny, i nie tylko bo i sąsiedzi, się odwiedzali, życząc co tylko dobrego.

Bogusław Kniszka

PS.

Co w nas z tego, jeszcze czasem z lat siedemdziesiątych pozostało? Na ile XI a i XII muza szklanego pudełka i jej krewna internetowa, okraszone barwami szczęścia, proponujące wirtualne opowieści i gierki, przenoszące często w nierealny świat ułudy i niemożliwych do spełnienia marzeń, żądań i propozycji, powodując pomieszanie fantazji z rzeczywistością, przyćmiły instynkt samozachowawczy, i przez to twarde stąpanie po ziemi, takie jak to drzewiej bywało?

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*