Legendy chrześcijańskie. Przypowieść o czwartym mędrcu.

fot. Pixabay.com
fot. Pixabay.com

Było to za czasów panowania króla Heroda. Daleko w górach perskich żył mag a zwał się on Artaban. Jego dom stał w mieście Ekbatana, tam też Artaban spotkał się ze swymi trzema przyjaciółmi, mędrcami Kasprem, Melchiorem, Baltazarem, uzgodnili wspólnie, że razem wyruszą w podróż do Jerozolimy, bo doszła ich wieść, że niebawem na świat ma przyjść właśnie tam, władca wielki, król żydowski.

Trzej mędrcy wyruszyli niebawem, on jednak miał jeszcze wiele spraw do załatwienia, i miał wyruszyć natychmiast kiedy już upora się z tym wszystkim. Uzgodnili, że trzej mędrcy czekać będą na Artabana niedaleko Babilonu w umówionym miejscu, wyruszyli więc w podróż, on zaś w tym czasie w pośpiechu kończył załatwianie spraw, w końcu był gotów do podróży, przedtem jednak sprzedał cały swój majątek a za otrzymane pieniądze kupił trzy klejnoty, szafir, rubin i perłę, miały one stanowić dar dla króla. Do miejsca spotkania było bardzo daleko, trzej przyjaciele wyruszyli dawno, targany niepokojem pędził co koń wyskoczy i bał się bardzo, że nie zdąży w umówionym czasie, i przyjdzie mu samemu szukać króla. Po dziesięciu dniach trudnej i niebezpiecznej podróży stanął u bram Babilonu. Koń jego padał już ze zmęczenia a i jego, siły i nadzieje już opuszczały. Do miejsca spotkania był jeszcze szmat drogi odpoczął więc chwilę i ruszył w dalszą drogę, czas oczekiwania na niego upływał o północy, czasu więc było niewiele, gdy opuścił już granice Babilonu oczom jego ukazała się piaszczysta pustynia, gdzie nie gdzie tylko widać było maleńkie oazy. Po pewnym czasie koń Artabana stał się nerwowy, zwalniał to znów przyspieszał aż na koniec stanął i skłonem głowy wskazał swojemu panu miejsce w którym leżał człowiek, wyglądał na nieżywego, mędrzec zbliżywszy się, zauważył u leżącego oznaki życia, człowiek umierał a on miał tak niewiele czasu by się nim zająć, już przecież był spóźniony nie wiedział co ma czynić, był dobrym i wrażliwym człowiekiem, prosił więc Boga by pomógł mu w podjęciu decyzji, już miał odchodzić gdy nagle minęły wszelkie wątpliwości wrócił do chorego wziął na ręce umęczone chorobą ciało, zaniósł w miejsce gdzie było nieco chłodniej, zdjął turban z głowy poluźnił pas na jego szatach, zwilżył wodą spieczone usta, sporządził lek z ziół, które miał ze sobą w podróży i podał choremu człowiekowi.

Czas płynął nieubłaganie, Artaban nie ustawał w pracy nad chorym, nagle człowiek odzyskał przytomność, otworzył oczy i po chwili przemówił pytając, kim że jest człowiek, który udziela pomocy biednemu umierającemu Żydowi, Artaban opowiedział mu swoją historię, człowiek słuchał uważnie, po czym odezwał się w te słowa. Niech Bóg Abrahama, Izaaka, i Jakuba błogosławi tobie i wszystkim twoim krokom. Mesjasz którego szukasz, nie w Jerozolimie się urodzi a w Betlejem, idź więc, i tam szukaj swego króla. Pożegnał się mędrzec z chorym człowiekiem spiął konia a ten wypoczęty ruszył żwawo w dalszą drogę, już wkrótce zauważył majaczącą w oddali górę Nimroda i stojącą na jej szczycie Świątynię Siedmiu Swer, było to umówione miejsce spotkania, niestety karawana opuściła już to miejsce, nieopodal stał usypany z kamieni dziwny kopiec podszedł Artaban nieco bliżej tej małej osobliwej piramidy a tam pomiędzy kamienie włożony został zwitek papirusa z treści pisma wynikało, że przyjaciele czekali lecz gdy czas minął ruszyli w drogę i doradzali, że ma udać się ich śladami i kierować się w stronę Jerozolimy. Zrozpaczony schował głowę w dłoniach i rozmyślał co począć dalej, bez wody i żywności a i koń już zmęczony i należy mu się dobra karma, decyduje się więc oddać jeden z klejnotów za wyposażenie na dalszą podróż, zakupił co trzeba i ruszył w dalszą drogę, po wielu przygodach i trudach dotarł do Betlejem. Miasteczko zdawało się być wymarłe, puste ulice i martwa cisza, zmartwiło to podróżnika ogromnie, wtem gdzieś niedaleko usłyszał dobywający się z któregoś domu cichutki kobiecy śpiew, to młoda kobieta usypiała swoje maleństwo, wszedł więc Artaban do środka, przywitał się i opowiedział kobiecie swoją historię, skąd i poco tu przybywa, kobieta potwierdziła jego przypuszczenia, byli tu trzej wędrowcy i była też rodzina Józefa i Maryi z nowo narodzonym dzieciątkiem, podróżni złożyli im wizytę obdarowali dzieciątko swymi darami a była to mirra, kadzidło i złoto, twierdzili, że gwiazda niespotykanej jasności prowadziła ich w to miejsce. Nie zabawili długo, opowiadała kobieta, pożegnawszy się odjechali, niebawem i Józef z rodziną opuścili Betlejem, słyszałam mówiła kobieta, że mieli udać się w drogę do Egiptu. Po wyjeździe Józefa i Maryi, zaczęły się dziać dziwne rzeczy, chodzą słuchy, że Herod ma zamiar nałożyć na nas nowe podatki, dlatego też nasi mężczyźni pognali bydło w góry by nie pozwolić oddać reszty dobytku, mówi się też o wielu innych złych rzeczach, boimy się, bo czujemy, że coś złego wisi w powietrzu, wtem do uszu Artabana dochodzą przerażające głosy. Ratunku, słychać wołanie niedaleko domu w którym przebywał – Herod nakazał swoim żołnierzom mordować nasze dzieci, kobieta usłyszawszy te słowa schwyciła dziecko i ukryła w zakamarkach domu, zaś rosły Artaban stanął w wejściu nie pozwalając żołnierzom wejść do środka, zbliżył się do niego młody oficer i gestem nakazał by zezwolono mu sprawdzić mieszkanie ten jednak ani drgnął, stał nieugięcie i wypowiedział te oto słowa – sam jestem w tym domu i sam chcę pozostać, wyciągnął zza pasa rubin ogromny i ukradkiem podał żołnierzowi ten schował go w fałdach żołnierskiego płaszcza a żołnierzom nakazał odejść.

Kobieta uklękła przed nim i dziękowała modląc się o jego zdrowie, on stal zmartwiony, bo przecież już drugi klejnot zmuszony był oddać, niewiele więc zostało dla jego króla, pożegnawszy się odjechał by dalej szukać tego, komu poprzysiągł służyć. Cóż było dalej? Jak potoczyły się losy mędrca, człowieka wielkiej godności i honoru, długa to historia, i piękna i gorzka zarazem, tak jak pełne goryczy było życie Jezusa. Szukał Artaban swojego króla, wszędzie jednak gdzie przyszło mu zawitać spotykał tylko ludzką krzywdę, biedę i choroby, przyodziewał więc biednych, pocieszał strapionych, leczył chorych. Jego wędrówka trwała 33 lata, aż któregoś dnia, posiwiały starszy już człowiek dotarł po raz kolejny do Jeruzalem i coś mu mówiło, że tym razem dojdzie do spotkania. Na ulicach zgiełk i hałas, ludzie tłoczyli się i podążali wszyscy w tym samym kierunku i on dał się ponieść tłumowi, idąc wdał się w rozmowę z mężczyzną, który proponował mu, by ten udał się razem ze wszystkimi, dziś odbędzie się egzekucja dwóch złoczyńców i człowieka o imieniu Jezus który pochodzić ma z Nazaretu mówi nieznajomy, twierdzi on, że jest królem a jego królestwo nie jest stąd, chodzą słuchy, że czynił cuda a dziś ma zostać stracony na krzyżu. Słucha tych słów Artaban i w myślach powtarza słowa, to ten którego szukałem przez tyle lat, Bóg pozwolił mi jednak spotkać się z nim, został mi jeden klejnot i on na pewno wystarczy, by uratować mu życie, uradowały te myśli zacnego człowieka, pobiegł więc co sił, by zdążyć na czas, wtem, drogę zajechał mu oddział żołnierzy, pędzili przed sobą młodą dziewczynę, widać, że była bita, szaty jej były porwane a na nich ślady świeżej krwi. Rozpacz ogromna była w jej oczach, ratuj mnie panie wołała, uklękła i nie bacząc na uderzenia strażników całowała stopy Artabana błagając o pomoc, mój ojciec umarł, nie spłacił długów, a teraz mnie prowadzą by sprzedać jako niewolnicę.

Jestem o krok od wyratowania od śmierci tego, którego szukałem całe moje życie, czyż aby nie jest to teraz kuszenie, miotały Artabanem myśli, jak przez całe jego życie tak i u jego schyłku musiał zmagać się z przeciwnościami losu i jak zawsze tak i teraz podjąć musiał szybką decyzję. Widząc rozpacz dziewczyny wyciągnął klejnot i podał jej mówiąc ”Weź córko ten klejnot to twoja zapłata, chowałem go dla mojego króla i jeszcze nie wypowiedział do końca tych słów, gdy nagle zaległy ciemności a ziemia zadrżała, ludzie w przerażeniu rozpierzchli się, a on został sam z dziewczyną której uratował honor a kto wie, może nawet życie. Nie spotkał swojego króla, lecz stało się coś dziwnego – od wielu lat poczuł się szczęśliwy, ktoś w duszy tam głęboko przemawiał do niego i przekonywał go o tym, że nie zmarnował życia, że ze swym królem był zawsze najbliżej ze wszystkich. Byłem przy tobie gdy karmiłeś głodnych, byłem gdy pocieszałeś umierających, gdy ratowałeś z narażeniem życia niewinnych od zguby. „ Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, cokolwiek uczyniłeś jednemu z najmniejszych tych braci, mnie uczyniłeś”. Na te słowa twarz Artabana zajaśniała, a z jego ust wydobyło się westchnienie, ostatnie westchnienie radości i ulgi. Jego wędrówka skończyła się, dary zostały przyjęte. Czwarty Mędrzec Wschodu znalazł swojego króla.

Myślę, że tym czwartym mędrcem jesteśmy my wszyscy, nasze życie to ciągła wędrówka, szukamy tak jak Artaban tego swojego króla a on jest tak blisko, jest z nami, czasami jest głodny, czasami cierpi a czasami wystawia na próbę naszą odwagę, obyśmy wszyscy tak jak Artaban, na koniec gdy przyjdzie nam odchodzić usłyszeli te same słowa które jemu było dane usłyszeć, tego wszystkim, i sobie życzę. Przypowieść ta czy prawdziwa, czy też nie, niesie za sobą wiele gorzkiej prawdy, być może dlatego właśnie tradycja związana z wędrówką Trzech Mędrców tak bardzo przypadła nam do serca, przywołuje bowiem nasze często przez nas samych zapomniane tak bardzo ludzkie cechy.

Źródło: ”Przewodnik Katolicki” – Henry van Dyke (rok 1957 nr I str. 4 – 5).
Autor: Tadeusz Puchałka

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*