„Izba łod starki”. Monika Organiściok – kobieta niezwykła.

fot. Tadeusz Puchałka
fot. Tadeusz Puchałka

Pani Monika to „wszystko w jednym”. Miła, pogodna osoba, od wielu lat należy do chóru Bel Canto w Chudowie. Jako opiekunka małego muzeum, prowadzi swoją izbę regionalną. Znajdziemy tam kawał naszej śląskiej kultury i historii.

Otwierając drzwi kolejnych pomieszczeń mamy wrażenie, że gospodarze wyszli na chwilę, może do kościoła, albo w pole. Na stole otwarty modlitewnik. W sypialni zasłane łóżko. Wszystko jak downi. pani Monika stoi na środku izby i opowiada, a zna historię każdego z eksponatów.

Kiedy już nieco zmęczeni usiądziemy na wygodnych starych stołkach, nasza przewodniczka zaczyna opowiadać o legendarnych postaciach z tego terenu, nie zabraknie opowieści o utopkach, których było tu moc jeszcze niedawno, te w Chudowie były inne od gierałtowskich równie tajemnicze, wraz z diobłami, połednicami, strzygami innymi typowo śląskimi istotami spoza naszego wymiaru, tworzyły krajobraz inny niż wszystkie. O historii, tej ziemi, berach i legendach dowiemy się właśnie tu w Chudowie, szukajcie na mapach turystycznych i folderach ,,Izby łod naszy starki”, kto wie, czy odwiedzenie tego miejsca nie stanie się naszą pierwszą mile wspominaną wakacyjną przygodą…

,,Dziołcha dej pozor na ta nasza lokalno Chudowsko tradycjo”.

,,Od dziecka interesowała mnie lokalna historia, zbieractwem zaraziłam się od ojca. Był to człowiek niezwykły, wszystkiego było mu szkoda. Kiedyś, przedmioty codziennego użytku były bardzo drogie, kiedy już kogoś stać było na ich zakup, służyć musiały długo, nie to, co dziś dodaje pani Monika. Każdy z przedmiotów, które są wyeksponowane w mojej izbie ma swoją historię, a dla mnie jeszcze coś więcej. Mam wrażenie, że te przedmioty, kiedy siedzę czasami tu sama, przemawiają do mnie, a ja słucham i widzę przed oczami, historię mojego dzieciństwa. Znajdziemy tu rzeczy datowane na lata 1880, są to przedmioty używane w gospodarstwie mojej starki. Starka moja urodziła się w roku 1859, mój ojciec przyszedł na świat bardzo późno kiedy, miała 46 lat, tak więc przedmioty codziennego użytku są w wielu przypadkach o wiele starsze aniżeli podałam na wstępie.

Dziołcha niy wyciepuj niczego to je nasza rodzinno historia. To je historia naszy chudowski społeczności. Zapamiętałam słowa ojca, i tak już zostało. Stałam się opiekunką i strażniczką śląskich tradycji. Eksponaty, które dziś możemy oglądać w izbie, pochodzą ze zbiorów rodziny a także mieszkańców mojej miejscowości. Był czas kiedy masowo wyburzano stare domy kryte strzechą, chodziłam wtedy do gospodarzy i prosiłam, by odstąpili mi jakieś stare niepotrzebne przedmioty, wszystko dokładnie spisywałam i dzięki temu powstała gruba księga dobrodziejów, którzy darowali swoje przedmioty by mogły cieszyć oczy licznie zwiedzających turystów i wycieczek szkolnych.

Dziecka przichodzom, siadajom na delowce, a jo im opowiadom ło starych dziejach ty ziymi, serce się raduje kiedy widzę otwarte buzie i szeroko otwarte z zaciekawienia oczka. Widzę, że lata pracy nie poszły na marne. Czy to moje maleńkie muzeum, czy inna izba tradycji, wszystko to ma swój głęboki cel; Ocalić od zapomnienia, wszystko co związane jest z miejscem naszego urodzenia, to cel naszej pracy. Wiem kim jestem, i skond mój rod. Wiem skąd wyrastają moje korzenie, gdzie jest mój ciasny ale własny kąt – dodaje pani Monika.

,,Szwory rozmajte i klajdy na wszyske okazje”.

To prawda – odpowiada nasza gospodyni, w szranku widzimy bieliznę damską; reformy po kolana, zopaski, spodnice, lajbiki. Wszysko to piyknie poskłodane, a każda z tych rzeczy ma swoje miejsce. Gospodyni po ciemku wiedziała czego, gdzie ma szukać. Na biglach a także na manekinach wiszom klajdy babske na rozmajte okazje, som po chopsku do pola, po chopsku na wiesiady i do kościoła, konsek dali widzimy klajdy na specjalne okazje, som ślubne i do pogrzebu. Trzeba wiedzieć, że młoda pani do ślubu na Śląsku chodziła w czarnym uniformie, była to bluza moc ściybano zapniono wysoko pod som kark, w taki samy farbie spodek czyli kecka, albo jak kto woli spódnica nie mylić z spodnicom, bo to jest halka, szczewiki pod farba czyli czorne, na gowie neclik z wosof i wionuszek. Z wianuszkami ślubnymi to cała historia. Znany był zwyczaj zasuszania wianuszków i woniaczek od młodego pana a wszystko to umieszczano w pięknie wykonanym tablu za szkłem i tak zakonserwowane nie tracąc barwy przetrwać mogły całe wieki, i taki eksponat znajdziecie w mojej izbie.

Dziś młode panie, zasuszają ślubne bukiety. Wianuszek z woniaczką chyba jednak był ładniejszy, sami oceńcie z uśmiechem dodaje pani Monika.. Kiedy już po zaślubinach to i dzieciątko niebawem na świat Boży się zjawiło tak i zabawki dla dzieci tu znaleźć można jeszcze te mądre i zdrowe z drewna jak Pan Bóg przykazał. W izbie przeznaczonej dla dziecka znajdziecie wszelkiej maści zabawki. Jest pupen sztuba a w niej lalki z różnych okresów, od początków XIX po wiek XXI – te wydają mi się najmniej ciekawe, jakby bez duszy, a może po prostu jeszcze bez historii. Jest miyndzy tymi graczkami, zabawka szczególna, wykonana, przez jeńca radzieckiego który pracował w gliwickim obozie. Śladów po ruskich jeńcach na naszej ziemi jest wiele, ten eksponat darowała mieszkanka Gierałtowic, znana i szanowana to osoba, z wykształcenia historyk. Zabawka ta, to domek dla lalek, i jest to chyba najpiękniejszy eksponat jaki posiadam w tej części mojego małego muzeum. Rosjanie pozostawili po sobie bardzo złe wspomnienia na tej ziemi, ale były i takie które wspominamy z łezką w oku.

,,Je tu plac na historio ślonski dumy i chwały”.

To prawda, mundur powstańczy to chyba najbardziej ze Śląskiem związany eksponat w każdej izbie regionalnej. Ten należał do mojego wujka Wincentego Czapelka, na mundurze widzimy krzyż powstańczy. Obok kolejny symbol, piękny mundur polskiego kolejarza, wielu kolejarzy na Śląsku, straciło życie w pierwszym dniu wojny, przez Niemców bowiem kojarzony był z mundurem polskiego policjanta. Nieco dalej kolejny symbol, jak Śląsk to mundur górniczy, niegdyś duma, teraz wielki żal i rozczarowanie. Pozostała historia i św. Barbara do której jak niegdyś modlą się górnicy i ich rodziny.

,,Bo chopiskom nic do tego”.

To prawda. Miała kobieta swoj warsztat, tam chop niy mioł nic do godanio. Jak szkłodzioł we kuchni to dostoł szmatom. Nic mu do kobiycego warsztatu, tak tu dycko boło. Kobiyta warzyła, sprzontała, rodzina musiała byść czysto i łopranochop mioł swoja robota. Do kuchnie boł wołany na łobiot, pojeść, pysk łobetrzyć i do widzynia. Pamiyntomy jak to kejsik boło, jako by se chop mietły abo szczotki do zamiatanio chycioł, boła to wielko łobraza do gospodyni, znaczyło, to, że se kobiyta ze swojymi robotami niy dowo rady, nic wert tako kobiyta – tak se kejsik godało. W moi kuchni widzymy stare byfyje, szkło i staro porcelana, garce, piec na wongel i piekarok. W końcie maśniczka i za niom sokowirowka niy na prond. Ślonsko kobiyta boła zdrowo łod urodzynio, bo na maśle i maślonce wychowano. Jak se stowała kobiytom to i muskle miała fest.

Ukryńcić sok z tego sokownika to dzisioj niy kożdy chop poradzi ale boło wert se pomynczyć bo sok piyrszy marki a po tym do kor flasze i robioło se wino. Dawniej piło się na Śląsku spore ilości swojskiego wina nawet do obiadu, albo przy swaczynie dla kurażu albo zalonio chroboka. Dziecka miały sok i kompot a wszysko ze swoigo łogroda, dziecka zdrowe, dziołszki urodne i robotne i znów się łezka w oku kręci. Teraz soki sztuczne, smaku kompotu chyba nikt już nie zna, a kiedyś chłop nie zjadł obiadu jak nie miał szklanki tego napoju na stole.

,,Wiysz Monia, niy chciałabych już byść modo”.

Kobieta na Śląsku wspomina pani Monika, nie miała lekkiego żywota. Mieszkanie musiało być dycko wysprzątane, dzieci czyste, obiad musiał być na czas. A jeszcze do pola trzeba było iść. Wiedziała kobieta, że chłop narobiony z kopalni przyjdzie, to jak mogła starała się małżonkowi swojemu pomóc. Często bywało, że zanim chłop z roboty przyszedł to kawał pola było zorane i pobronowane, a tu Anioł Pański na kościele dzwoniom, pomodlić się i wartko do domu łobiot uwarzyć, a jeszcze szwory wyprane wymaglować, niy było na początku elektrycznych manglowni a pościel musiała być poszkrobiono i wymanglowano na ryncznych walkowniach. Było ciynżko, ale wszysko miało swoj plac. Walkownia u mnie znajdziecie i ta całkiem stara i ta trochę młodsza, w koncie waszbret – to pierwsza pralka znana jako tarka w innych regionach.

,,Czas na pociorek i spać”?

Sypialka albo w niektórych rejonach u nas nazywana szlaf sztubom – izba o której marzyli wszyscy domownicy. Po ciężkiej robocie pilno było wszystkim by wyprostować kości. Wszyjscy pomyci klynkali, wieczorny pociorek i spać. Kożdo sypialka na Ślonsku wyglondała tak samo. Na ścianie dwa wielke świynte łobrozki, krzyż na środku a na szranczku łoltorzyk z figurkami, łożko dycko musiało byść zasłane i przikryte kapom. Niy śmiało byść żodny fołdy. Pod łożkym topki bo ubikacje były na dworze a jak śniega nawalyło w nocy meter i se zachciało, to kaj dziecka wyganiać na tyn mroz we nocy. Na progu lacze, nocny stolik a na nim różańce, ksionżki do modlitwy, bo sam se dycko robiyło wszysko po Bożymu. Tako sypialka w mojej izbie też jest i można zobaczyć jak kiedyś wyglądał porządek i jak można było sobie poukładać życie bez telefonów, telewizorów, internetu. Wstawało się skoro świt, kładło się spać, kiedy dawno już słonko powiedziało dobranoc. A wstać trzeba było zanim pierwsze promyki zajrzały do sypialki, Był czas na pracę, na miłość, modlitwę, był porządek, Pan Bóg na pierwszym miejscu. Jednego tylko brakowało – rozwodów. Wszystko było inaczej jak teraz – dlaczego…

,,No dyć, że we Chudowie boły Utopki”.

Tak naprawdę, to wiem że na pewno był jeden, tu niedaleko mieszkał blisko rzeczki. Nazywali go też małym podciepem. Z tego co wiem, to miał czerwone portki i kapelusz w tym samym kolorze. Utopki – wspomina pani Monika to temat na całkiem inne spotkanie. Bardzo to rozległy temat. W każdej wiosce wyglądały inaczej, kim były te niezbadane do końca istoty, skąd się wzięły, i gdzie się podziały, o tym opowiem innym razem. Dość powiedzieć, że wrosły tak głęboko w krajobraz śląskich wiosek, że można je tylko porównać z wieżami szybów górniczych. Gdyby nagle zniknęły pewnie brakowałoby nam ich tak samo jak utopków które odeszły?…

,,Bo jo tymu po prostu przaja”.

Utrzymanie izby kosztuje wiele wysiłku. To wszysko trza prać, pucować, myć, moc klajdow i bielizna trza poszkrobić pobiglować. Jo to rada robia, niy sprawio mi to żodnego problymu. Jo tymu po prostu przaja. To je cały mój żywot. Nasza godka, tradycje, folklor to je nasza tożsamość. Wiym skond żech je. Noleża do jedny rodziny. Przaja wszyskim ludziom, bardzo ciepło wspominam dodaje pani Monika podróż do Warszawy, było to kilka lat temu wtedy to wraz z moimi kamratkami z Koła Gospodyń pojechałyśmy do stolicy by tam gotować nasze śląskie potrawy. Zostałyśmy tam bardzo ciepło przyjęte. Dla nas było tam wszystko. Dbano by niczego nam nie zabrakło. Mimo wielu zabytków i ciekawych obiektów, najcieplej wspominam dobre serce i gościnność wszystkich mieszkańców stolicy. Przajmy se poznowejmy. Na bok swady i klachy. Przeca do kamrajstwa nos Pon Boczek stworzoł…

Autor: Tadeusz Puchałka

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*