Historia oparta na faktach

fot. Pixabay.com
fot. Pixabay.com

Miała dokładnie 9 lat, kiedy jej życie wywróciło się do góry nogami. Kto w tym wieku myśli o śmierci? Nikt, bo nawet stuletnie życie wydaje się za krótkie.

Jeszcze tego samego dnia biegała razem z bratem w ogródku cioci i tak bardzo cieszyła się z upalnego dnia. Nigdy nie pomyślałaby, że po upływie zaledwie 6 godzin wyląduje wieczorem w łóżku z temperaturą sięgającą 41 stopni, a następnego ranka obudzi się sparaliżowana.

Gdy prawa strona odmawia współpracy

Tego ranka zamiast szumu dobiegającego z ulicy obudził ją okropny, przeszywający ból całego ciała. „Jak to jest możliwe? Co się dzieje?” – pomyślała, kiedy zorientowała się, że kompletnie nie potrafi się ruszyć. Łzy wypływały tylko z lewego oka, a jedynie lewy kącik ust wypowiadał „Mamo, mamo, pomóż”. Matka zawsze wie, kiedy dziecko jej potrzebuje, dlatego nawet gdy nie słyszy jego cichego łkania przyjdzie.

Weszła przerażona. Zaczęła ją potrząsać, wołać „Lena, co się dzieje?!”. Jednak ona, choć bardzo by chciała, nie wiedziała co się dzieje. Jedynie czuła, że to coś niedobrego. Krótko po tym dołączył także tata, który prędko pomógł roztrzęsionej mamie ubrać dziecko w czerwoną sukienkę z szelkami. Następnie zupełnie bezwładną, niczym lalkę, wziął na ręce i czym prędzej ruszył w stronę przychodni, gdzie leczył zaufany lekarz pierwszego kontaktu.

„Wszystko będzie dobrze”

Po szybkim osłuchaniu płuc lekarz nie miał dobrych wieści. „To z pewnością zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Proszę czym prędzej jechać do szpitala” – powiedział zaniepokojony. Ponieważ szpital znajdował się jakieś 5 minut drogi samochodem od przychodni, były spore szanse, aby dotrzeć tam na czas. Jednak nic takiego stać się nie miało. Tę drogę Lena pamięta jak przez mgłę. Osłabiona, prawie nieprzytomna i rozgrzana do śmiertelnych stopni czuła się jak we śnie. Chociaż jeden fragment nigdy nie umknął jej z pamięci – droga przez tunel oddalony około 50 metrów od samego szpitala. To właśnie tam organizm osiągnął krytyczny moment, a oczy stały się strasznie lepkie. „Nie zasypiaj, nie zasypiaj Lena!” – szeptała jej matka jednocześnie cucąc córkę delikatnymi uderzeniami o policzek. Jednak ją w tym czasie wzywał już głęboki sen, ale zanim zaczął się na dobre Lena zdążyła jeszcze w półuśmiechu wyszeptać „Wszystko będzie dobrze, Mamo”.

Skrzydlata postać, która ciągnie ku górze

Po przekroczeniu progu szpitala pielęgniarki medyczne siedzące na recepcji bardzo szybko zorientowały się, że leżąca na rękach ojca dziewczynka wygląda nie najlepiej. Zaczęły zadawać mnóstwo pytań i czym prędzej położyły nieprzytomną Lenę na metalowym łóżku wioząc ją w kierunku wind, która zatrzymała się na drugim piętrze. W takich przypadkach pacjentów zawozi się tylko w jedno miejsce – do Oddziału Intensywnej Terapii. Chorą przejął ordynator oddziału i z miejsca zabrał się do działania. „Szybko, szybko!” – wołał, po czym dodał „Nie możemy jej stracić”.

Podczas, gdy leukocyty przekraczały wszelkie normy, a organizm niczym dzikie zwierzę w żaden sposób nie dał się oswoić, Lena leżała śniąc o skrzydlatej postaci, która kurczowo trzymała ją za koniec nogi palcami dotykając pięty. Leciała i leciała z rękami skierowanymi ku ziemi i lekko odkręcając głowę ku aniołowi prosiła: „Pozwól mi jeszcze wrócić”.

Trzy dni ciemności

Śpiączka, w którą zapadła Lena, trwała około trzech dni. W tym czasie zdarzyło się mnóstwo rzeczy, które spowodowały, że nawet lekarze momentami zdawali się spisywać drzemiącą księżniczkę na straty. Jednym z tych powodów było powolne powstawanie plam na ciele sygnalizujące o coraz to wolniejszym krążeniu krwi. Można sobie tylko wyobrażać co te trzy dni znaczyły dla rodziców Leny. Jak czuli się z tym, że mogą stracić najmłodszą córkę. Jednak wiara kazała im ufać, wierzyć, że wszystko będzie dobrze, bo jak mawiał Tomek, ojciec Leny „On nigdy się nie spóźnia”.

fot. Pixabay.com
fot. Pixabay.com

„Nie mogę się spóźnić, nie mogę się spóźnić! Spuść mnie na dół! – wołała Lena, lecąc ciągle ku górze. Nagle, ku jej zdziwieniu anioł po raz pierwszy zerknął w jej kierunku puszczając jej stopę tak, że zaczęła gwałtownie lecieć w dół. „O Boże!” – pomyślała, „Zaraz uderzę głową w ziemię”. Jednak będąc już w zasięgu kilka centymetrów od owej, wyśnionej powierzchni ku jej zdziwieniu zamiast bolesnego starcia z kostką brukową ukazała się twarz mężczyzny zdecydowanie przypominającego wujka Grzegorza. „Wujek?” – wymamrotała. „Nie” – odpowiedział, „Jestem ordynatorem tutejszego oddziału. Cieszę się, że znowu jesteś z nami”.

Pół roku w szpitalnych murach

Na OIOM-ie Lena spędziła jeszcze z jakieś trzy tygodnie, ponieważ samo wyjście ze stanu krytycznego to nie wszystko. Wiąże się z tym długotrwałe leczenie, które może trwać latami. U Leny oznaczało ono pół roku szpitalnego jedzenia, a po którym czekały już tylko okresowe wizyty kontrolne. Przytwierdzona do łóżka na amen i z wiszącą torebką służącą za toaletę mogła patrzeć tylko w jedno miejsce – sufit. Znali się aż za dobrze. Nigdy nie sądziła, że leżenie może się komuś znudzić. Miękka kołdra i poduszka przecież zawsze aż prosiły, aby je do siebie przytulić. Teraz myślała tylko o tym, żeby biegać, chodzić tak jak inne zdrowe dzieci, jednak wycieńczony organizm nie zdołałby się utrzymać w pozycji pionowej nawet przez minutę.

Kiedy pewnego, pięknego poranka podczas obchodu wszyscy lekarze zgodnie podjęli decyzję o przeniesieniu Leny na oddział neurologiczny zapaliła się w niej iskierka nadziei, że być może nareszcie stanie na nogi. Podczas podróży przez korytarz, który prowadził do sąsiedniego oddziału Lena strasznie wierciła się na łóżku zawstydzona wzrokiem przypadkowych gapiów. Nigdy nie lubiła być w centrum uwagi, a tym bardziej będąc w takim stanie.

Nazywam się Błażej i starzeję się szybciej niż inni

Po dotarciu na miejsce Lenę przydzielono do jednoosobowego pokoju znajdującego się tuż na wprost kącika przyjmujących pielęgniarek. Dzięki temu mogła być pod stałą obserwacją i cieszyć się częstymi wizytami. Najbardziej cieszył ją widok brata, który choć bardzo chętnie wyjadał jej słodycze ze szpitalnej szafki, zawsze obdarowywał ją jakimś osobistym upominkiem. Najczęściej były to rysunki dziewcząt ubranych w ówcześnie modne dzwony z luźnym podkoszulkiem i fantazyjną czapką. Tego wzoru nauczyły go koleżanki z klasy, które zapewniały, że Lenie z pewnością się to spodoba. I tak też było, bo od zawsze lubiła się stroić i podążać za aktualnymi trendami rodem ze stron „Twista” czy „Dziewczyny”.

Po prawie dwumiesięcznym pobycie na oddziale neurologicznym przyszedł czas na oddział laryngologiczny. Tę drogę Lena pokonała już o własnych siłach bez udziału łóżka, które w ostatnim czasie zdążyła znienawidzić. Laryngologia była dość specyficznym oddziałem, na którym nie było już pojedynczych pokoi. Swój dzieliła z malutkim chłopczykiem i dziewczynką, która nierozważnie wsadziła sobie baterie guzikowe do nosa.

Podczas jednej z pierwszych przechadzek po korytarzu oddziału natknęła się na małe zbiorowisko. Ponieważ zawsze odznaczała się dociekliwością postanowiła wbić się w tłum i podejrzeć co się dzieje. Stał tam pewien chłopak, wyglądający na staruszka w niewielkim ciele, który sprzedawał malutkim pacjentom kolorowe bransoletki własnoręcznie zrobione z gumowej żyłki. Widząc Lenę zawołał: „Hej! Nazywam się Błażej. Widzę, że jesteś tu nowa. Jestem tu z powodu mojego szybko marszczącego się ciała. A Ty na co chorujesz?”.

Nie jesteś sam

Błażej był rezolutnym chłopcem, który mimo świadomości nieubłaganie zbliżającej się śmierci, czerpał z życia tyle, ile inni nie zdążą nawet przez sto lat. Miał starszą siostrę i mamę, która raczyła go wizytą raz na pół roku. W jednej z wizyt uczestniczyła także Lena, która widząc jak mama Błażeja wręcza mu garść słodyczy, gameboy’a i nieco pieniędzy, była zdziwiona, że nie daje od siebie niczego więcej. „Gdzie słowa otuchy? Gdzie pocieszenie? Gdzie poświęcony czas dla dziecka?” – pomyślała. To wszystko nie mieściło jej się w głowie.

Zaraz po odejściu mamy i siostry Błażej chwycił za gameboy’a i przyjrzał mu się uważnie. Obejrzał również słodycze i zajrzał do koperty, jednak w żaden sposób nie skomentował zachowania mamy. Widocznie przyzwyczaił się do zachowania tej bardzo eleganckiej kobiety.

Ostatnia prosta

Błażej był jedną z tych osób, która dała Lenie chęć do szybszego powrotu do zdrowia, a to dlatego, że nigdy nie użalał się nad sobą. Nauczył ją robić bransoletki z żyłek i nieco wzorów origami. Stał się jej najlepszym przyjacielem, zupełnie bezinteresownym, który dawał więcej niż miał.

Kiedy przyszedł czas na ostatnią zmianę oddziału bardzo ciężko było im się rozstać. „Będę Cię odwiedzał” – obiecał Lenie i słowa jak zwykle dotrzymał. Ostatni oddział, choć miał być najlepszy ze wszystkich okazał się siedliskiem płaczących dzieci, które przyprawiały resztę o bezsenność. Był to oddział ogólny, do którego trafiały dzieci z lekkimi przypadkami takimi jak zatrucia pokarmowe czy odwodnienia. To była ostatnia prosta Leny, która zakończyła się upragnionym powrotem do domu, a następnie do szkoły. Oczywiście, szpital przypadło jej odwiedzić jeszcze nie raz, ale podczas wizyt kontrolnych zawsze pocieszał ją widok Błażeja. Dokładnie pamięta ich ostatnie spotkanie. Wspólne oczekiwanie na neurologa, bolące brzuchy od śmiechu i obietnice, że jeszcze się zobaczą. Choć obietnice już nigdy się nie spełnią to Lena do dziś widzi go oczami wyobraźni.

Lena, jako dwudziestokilkuletnia już dziś dziewczyna jest przekonana, że nic tak nie uszlachetnia jak dotkliwe doświadczenia, nic tak nie wzmacnia jak głęboka wiara i nic tak nie prosi o wieczność jak chęć spotkania się z  cudownymi ludźmi, takimi jak Błażej.

Autor: Alicja Polewko

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*