Henryk Franciszek Kustra. Część I: Ja niczego złego nie zrobiłem – byłem tylko harcerzem.

fot. Tadeusz Puchałka
fot. Tadeusz Puchałka

Jestem sierotą
Jestem sierotą na ziemi kochanej,
Przodków krwią obficie zalanej,
Jestem sierotą, choć Polska za Bugiem.
Poszłabym piechotą, mnie skuli łańcuchem.
Leciałabym ptakiem, lecz skrzydła złamane,
Więc włóczę się szlakiem, w ślad więźnia skazana.

Fragment z wiersza; ,,Jestem sierotą” Maria Sulima.

Henryk Franciszek Kustra.
I
Ja niczego złego nie zrobiłem – byłem tylko harcerzem.

,,Polsko – ojczyzno moja, matko moich ojców, nie zapomniałem języka i witam Cię po Polsku. Tam skąd przybywam, szanują Polaków nie zapomniałem o tobie matko moich dziadów i ojców. Pozostałem Ci wierny. Przysięgi wierności tobie Polsko, nie złamałem”.

Przyjechałem po to by zobaczyć się z siostrą moją jedyną – Marysią. Zostaliśmy już tylko my dwoje. Ona tu u siebie w Polsce, ja daleko za oceanem, Australia moi kochani rodacy stała się moją drugą ojczyzną. To nie to samo, co złote łany pszenicy, czy morelowe sady w Truskawcu, to nie to samo co Lwów mój kochany, teraz już nie nasz. Tam gdzie mieszkam szanują Polaków i czuję się tam dobrze, tęsknota w sercu pozostaje, przepraszam za te chwile wzruszenia i za ten załamujący się głos, tyle chciałbym wam opowiedzieć. Bóg pozwolił mi zobaczyć moją ojczyznę o którą przyszło mi walczyć, jestem więc.

Trudno wracać pamięcią i opowiadać w szczegółach o wszystkich moich przeżyciach. Tak sobie myślę, że początek moich życiowych przygód, był najgorszy. Pamiętam kiedy wpadli do naszego domu Rosjanie, była chyba 2 w nocy usłyszałem jakiś zgiełk, i ruch na dworze, wyjrzałem przez okno a tam ruscy żołnierze z karabinami, mówię do brata oni idą po nas, uciekajmy, otwarłem okno ale nie zdążyliśmy, Marysia w tym czasie przebywała w domu sierot. – Ojca nie było w domu, ukrywał się, a mama zmarła gdy miałem 6 lat. W domu byliśmy tylko ja i brat Tadeusz. Opiekowała się nami stryjenka. – Rosjanie wpadli do mieszkania i rozpoczęła się rewizja, okazało się, że szukają właśnie siostry, mieli ją na liście, nie wiadomo dlaczego akurat ją sobie upatrzyli. Na pytanie kuda diewoczka odpowiedziałem, że jesteśmy sierotami, siostrę zabrano do domu dziecka, nie wiemy gdzie się znajduje, dali nam wiarę, szukali jednak dalej. Po jakimś czasie jeden z nich stwierdził, że trzeba zabrać tych dwóch pacanów czyli nas, mnie i brata. Stryjenka która była z nami z trwogą w głosie pyta za co? Przecież oni niczego złego przeciwko władzy radzieckiej nie zrobili.

Ze zdjęć które znaleźli wynikało, że byliśmy harcerzami a to to samo co hitlerjugend, tak przynajmniej twierdzili. No i zabrali tych dwóch pacanów. Tak to zaczęła się nasza tułaczka. Byłem młodym chłopakiem jak zresztą i mój brat, nie rozumieliśmy wielu spraw, załadowano nas do bydlęcych wagonów i wieziono w nieznane, pamiętam w wagonie było małe okratowane okienko, ja jako, że byłem szczupły, wydostałem się przez ten niewielki otwór i uciekłem. Postanowiłem, że jak najszybciej powinienem powiadomić ojca, domyślałem się, że ojciec jako, że był polskim policjantem jest szczególnie zagrożony. ostrzec go, z tymi myślami biegłem, polnymi zagonami, klucząc bezdrożami, unikając ludzi, w końcu udało mi się przedostać do stryjenki, która stwierdziła, że na wszystko już za późno, ojca aresztowali i radziła mi, abym wrócił do wagonu bo stracę kontakt z bratem a tu i tak mnie złapią i pewnie rozstrzelają. Zrobiłem więc jak kazała. – Pociąg stał na dworcu ogromne zamieszanie, krzyki, lament, płaczące kobiety trwało bowiem rozdzielanie mężczyzn od rodzin, wszędzie lament i płacz, nie da się tego opisać, podchodzę do wartownika i mówię, że niedawno wyszedłem z tego wagonu i chcę wrócić, ten stwierdził, że to niemożliwe i pchnął mnie kolbą karabinu, upadłem na ziemię, a po chwili wylądowałem w wagonie.

Podróż do krainy śmierci rozpoczęła się, był to rzeczywiście najgorszy okres mojego życia, młody niczemu niewinny człowiek w nieprzyjaznym kraju, Bogu tylko zawdzięczam to, że przeżyłem. Pamiętam pobyt w Kazachstanie, tam uczyli nas Polaków jak przetrwać w nieludzkich warunkach, oczywiście nie Rosjanie a Kazachowie byli naszymi nauczycielami, nie mogę powiedzieć lubili nas Polaków. Miałem wiele szczęścia, spotkałem tam dobrych ludzi, zostałem przydzielony do grupy zajmującej się łapaniem dzikich koni.

Pamiętam rozstawialiśmy się na dość znacznym obszarze i udawaliśmy wyjące wilki, przestraszone konie zbijały się w tabuny wtedy my szybko otaczaliśmy je i kolejnym naszym zadaniem było złapanie możliwie największej ilości tych dzikich nie ujeżdżonych zwierząt, nie była to łatwa i prosta sztuka – jakoś sobie radziłem. Nauczyłem się dobrze jeździć konno wiedziałem też jak przetrwać by nie zmarznąć, koń potrafi skutecznie ogrzać zziębniętego człowieka trzeba tylko wiedzieć jak to zrobić. Warunkiem naszego przetrwania by nie umrzeć z głodu była możliwość zjedzenia martwego źrebaka tuż po przyjściu na świat. Teraz nikt nie wierzy naszym słowom, ja jadłem psy i koty aby tylko zaspokoić głód. Trudno teraz mówić o tych wszystkich okropnościach, do tego całego dramatu, dochodziła przecież tęsknota za domem, rodzeństwem, za miastem moim kochanym – Lwowem.

Pamiętam któregoś dnia przyjechała do naszego łagru Wanda Wasilewska, utkwiło mi w pamięci jedno zdarzenie, otóż przed wojną we Lwowie ukazywała się gazeta pod nazwą ,,Chwila”, w łagrze znajdowali się dziennikarze redakcji tej gazety, Wasilewska jakimś sposobem wydostała ich wszystkich i zabrała ze sobą, pamiętam zanim jeszcze wyjechali, podszedłem do niej i mówię, skoro pani potrafi dokonać takich rzeczy to może i mnie pani wyciągnie, ja niczego złego dla władzy radzieckiej nie zrobiłem, byłem tylko harcerzem, na to ona odpowiedziała, nie mogę dla ciebie ani twego brata tu niczego zrobić ale powiedz czy otrzymujesz regularnie paczki od rodziny? Nie proszę pani odparłem, jesteśmy sierotami nie otrzymujemy żadnych paczek, bo nie mamy rodziny, i nie wiem nawet, gdzie teraz podziewa się moja siostra, stała tak jeszcze chwilę nic nie odpowiedziała spisała moje dane i odeszła. Po jakimś czasie otrzymałem dużą paczkę. Nie wiem czyja była to zasługa ale któż inny mógł to być jak nie ona.

Po jakimś czasie szczęśliwym zrządzeniem losu nastąpiła amnestia, która objęła nas Polaków. Były szanse zaciągnięcia się do armii gen. Andersa, oczywiście byłem na to za młody, musiałem jak wielu moich kolegów kłamać i dodałem sobie dwa lata, jakoś dano wiarę moim słowom i tak szczęśliwym trafem dostałem się do polskiego wojska. Nie było łatwo, byliśmy słabi i schorowani, pamiętam w tym czasie mój brat Tadeusz był już bardzo chory, obawiałem się o jego los i bardzo cierpiałem z tego powodu, sowieci jak mogli tak utrudniali przedostanie się do polskich oddziałów. W końcu po przeszkoleniu, odtransportowano nas do Iranu, to również była droga przez mękę…

Wylądowaliśmy w porcie Pahlevi, tam mój brat zmarł, umierając wypowiedział pamiętne słowa których nie zapomnę do końca życia; ,,Cieszę się, że odchodzę na wolnej ziemi, żal że daleko od Polski”, to były ostatnie słowa mojego brata. Portowe miasto Pahlewi było punktem docelowym wszystkich oddziałów gen. Andersa, tuż po śmierci brata prawie w tym samym czasie ciężko zachorowałem jak się okazało była to najgorsza odmiana malarii, po krótkim badaniu odesłano mnie karetką do Teheranu, lekarze dawali mi niewielkie szanse na wyzdrowienie. Byłem bardzo osłabiony, w karetce straciłem przytomność i obudziłem się dopiero w szpitalu. Byli tam jak pamiętam lekarze z Południowej Afryki i Australijczycy, najgorzej ze wszystkich jak twierdzili wyglądali Polacy, nic dziwnego. Nie wypuszczono nas z hoteli a z łagrów, pamiętam ludzie padali jak muchy, dziesiątki, setki trupów, ja z pomocą Boską wyzdrowiałem. Zostałem przydzielony do jednostki łączności, szkolili nas angielscy oficerowie którzy świetnie, lepiej od nas mówili po Polsku, jak się okazało byli to przedwojenni wykładowcy uniwersytetów angielskich którzy nauczali przedmiotów słowiańskich, dobrze wspominam ten czas, po przetransportowaniu nas do Egiptu w dalszym ciągu odbywało się szkolenie i służba w swoich specjalnościach w moim przypadku, nieprzerwanie grałem na tej swojej titawce i odbierałem meldunki.

Pamiętam, ciepłe przyjecie w Palestynie, tam zostaliśmy przyjęci chlebem i solą i to przez kogo? Przez lwowskich Żydów… Pamiętam kiedy co rano ulice palestyńskie rozbrzmiewały naszą kresową piosenką ,,Ta Jóźku” grzmiały echem naszej polskiej melodii wąskie uliczki palestyńskich wiosek i miasteczek, otwierały się okna a ludzie oklaskami witali nasze oddziały maszerujące w porannej zaprawie, to szkoła kadetów polskich dawała koncert pieśni kresowych… – Tak, to miłe i wzruszające wspomnienia, daleko od domu inna kultura inna wiara a my czuliśmy się chwilami jak u siebie…. – Był taki czas kiedy stacjonowaliśmy w Egipcie, wspomina pan Henryk, pewnego dnia podjechały wielkie samochody, wysiedli dygnitarze i piękna dziewczyna, jak się okazało była to córka jakiegoś wysokiej rangi dygnitarza dworu króla Faruka. Jej życzeniem było abyśmy my Polacy grali w piłkę nożną w barwach Egiptu i tak dziwnym zrządzeniem losu i mnie przypadło grać w barwach królewskiej drużyny, miło i ciepło wspominam ten czas, jak widać i podczas wojny zdarzały się chwile radości.

Któregoś dnia kolumna samochodów zawitała do naszej jednostki po raz kolejny, wtedy to, ta sama dziewczyna zażądała, by zebrali się wszyscy Polacy, i stała się rzecz dziwna, nikt z nas nie domyślał się co miało za chwilę nastąpić wspomina pan Henryk, dziewczyna zaczyna opowiadać nam historię, naszego ojczystego kraju. Świetnie znała historię Polski, a o Lwowie opowiadała tak jakby tam mieszkała. Trudno w to uwierzyć, sami nie dowierzaliśmy a na pytanie skąd ma te wiadomości, po prostu milczała, tacy są Arabowie tak właśnie było, teraz, gdy wracam pamięcią do tamtych czasów wzruszam się i czasami myślę, czy aby mogło to być możliwe?…

Kiedy skończyła swój wykład, zapytała czy ktoś z nas chciałby uczyć się arabskiego, zgłosiło się sporo osób, wśród nich byłem i ja, dziś potrafię już tylko liczyć i pamiętam zaledwie kilka słów ale była to moja kolejna niezapomniana przygoda. Niedługo potem przyszło mi wyruszać na front, koniec sielanki, trzeba było zakosztować prochu, miałem przy sobie zawsze modlitewnik który trzymałem na sercu, modliłem się często i wierzę, że choć kule bzykały często wokół głowy to dzięki modlitwie i codziennej rozmowie z Bogiem dane mi było przeżyć… Pamiętam czas, kiedy stanęliśmy naprzeciw słynnym oddziałom ,,Lisa Pustyni”, nie wiadomo dlaczego w tych oddziałach służyło wielu Ślązaków, chłopaki czekali do zmroku, a potem wyskakując z okopów krzycząc ,,Niy szczylejcie, my som Poloki” oddawali się nam w niewolę, wesoło z nimi było, uczyli mnie po śląsku, dlatego gwara śląska jest dla mnie zrozumiała, a tak naprawdę niewiele się różni od polskiego języka. Ślązacy to dobrzy żołnierze, nie po drodze im było walczyć w szeregach niemieckiej armii a później nieraz dali dowód wielkiego męstwa, to byli dobrzy kumple do szabelki i do szklanki.

Moim kolejnym wojennym przeżyciem była słynna bitwa pod Monte Casino, tak, przypadło mi i tam zakosztować prochu, w walkach brały udział jednostki komandosów niemieckich, jeden z takich oddziałów udało nam się osaczyć po krótkiej potyczce zostali pojmani i zabrani do niewoli, jedno ze zdjęć przedstawia nasz pododdział na którym dwóch żołnierzy ma ubrane właśnie hełmy niemieckich spadochroniarzy a jednym z nich jestem ja. przeżyłem bitwę o słynny klasztor a we Włoszech przebywałem długo, dopiero w 1948 roku opuściłem ten kraj i drogą morską wraz z wieloma byłymi żołnierzami przedostałem się do Wielkiej Brytanii, zostaliśmy tam dobrze przyjęci, nie mogliśmy pozostać na Wyspach, dano nam jednak możliwość wybrania sobie którejś z kolonii brytyjskich, ja wybrałem Australię. Koniec części I. Cdn. Część II ,,Australia moja druga ojczyzna”.

Źródło; Na podstawie opowiadania pana Henryka, Franciszka Kustra, żołnierza armii Andersa kpt. w stanie spoczynku.

Autor: Tadeusz Puchałka

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*